Folder
Dyrektor Lubuskiego Muzeum Wojskowego w Drzonowie - Włodzimierz Kwaśniewicz:
Projekt, który jest wspólnie realizowany przez młodzież polską i niemiecką, ma w założeniu pokazanie wielu elementów naszej wspólnej przeszłości. Jednym z zadań, jakie sobie założyliśmy w realizacji tych elementów, jest zwrócenie uwagi na konsekwencje wojny, jakie ponoszą wszystkie narody, wszystkie państwa, wszyscy indywidualni ludzie. Wojna niszczy człowieka w sensie fizycznym, w sensie moralnym. Wojna niszczy dorobek cywilizacyjny i kulturowy człowieka, narodu, państwa. Tak było również w czasie II wojny światowej, takie są skutki II wojny światowej. Symbolicznym ich przedstawieniem są rzeźby Tomasza Wilmańskiego z Warszawy ukazujące tych, którzy ginęli w kazamatach Gestapo, obozach koncentracyjnych. Z kolei obraz Doroty Komar-Zmyślony w sposób symboliczny ukazuje zniszczony, zamordowany Berlin, to jest zniszczona, zamordowana Warszawa, to jest zniszczony, zamordowany Leningrad, Drezno, Lipsk. To jest każde miasto, każda wieś, każda ludzka sadyba, którą zniszczyła wojna. Tak było w czasie I wojny światowej, tak było podczas II wojny światowej, tak jest również i dzisiaj, bo tak wygląda zamordowane miasto na Kaukazie, miasto kaukaskie -Grozny. Jednym z zadań tego projektu jest to, żeby wyciągać naukę z historii, żeby robić wszystko, aby więcej takich zniszczeń nie było. Żeby wojna nie niszczyła. Dlatego uczmy się historii nie tylko po to, aby mieć wiedzę, ale po to, aby wyciągać z niej pewną mądrość życiową.
Buchałów - Władysława Możdżeń:
Przyjechaliśmy na te tereny w 1945r., 8 września. Właściwie byliśmy zmuszeni do wyjazdu ze stron rodzinnych (woj. lwowskie, powiat Drohobycz). Ciężko było wyjeżdżać, bo żyło nam się tam dobrze. Podróż trwała sześć tygodni, od lipca do 8 września. Padał deszcz, jechaliśmy w niekrytych wagonach. Było nam bardzo ciężko, ponieważ człowiek jechał w nieznane. Pytali się, czy chcemy do Zielonej Góry, czy do Jeleniej. Wybraliśmy Zieloną Górę, bo zielono, to ładnie. Przyjechałam tu z mamą, mężem, no i z synem - byłam w ciąży, w 8 miesiącu. Pół wioski było już zasiedlonej, a pół jeszcze nie. Wybieraliśmy budynki, żeby tam zamieszkać. Wygody nie było, wody nie było, na podwórku była studnia. Przybyli tu ludzie z Poznania, Warszawy, mieliśmy dobrych sąsiadów. Żyjemy tu już 63 lata, mąż 33 lata był tu sołtysem. Budynki, w których mieszkamy, są poprzerabiane. Tęsknię za rodzinnymi stronami. Został tam ojca brat, starsi już poumierali. Ciężko było stamtąd wyjeżdżać. Niemcom w 1945r. też nie było wesoło, gdy musieli opuszczać te tereny. Do dzisiejszego dnia jestem z nimi w kontakcie. Współczuję im, bo nas ten sam los spotkał. Wojna wiele pokrzyżowała, tak musiało być.
Drzonów - Maria i Antoni Kołłątajowie:
Przyjechaliśmy do Drzonowa 8 września 1945r. z okolic Drohobycza. Dostaliśmy zawiadomienie, że mamy się zapisywać na Zachód i w ciągu trzech dni musieliśmy się wyprowadzić. Kto chciał, mógł podpisać rosyjskie obywatelstwo i tam zostać. Ukraińcy nie liczyli się z Polakami, tam były bandy UPA. Wymordowano tych, którzy tam zostali, zwłaszcza młodych. Trzy tygodnie czekaliśmy na transport. Z naszej miejscowości było ich siedem. Gdy wyjeżdżaliśmy, musieliśmy spisać to, co zostawiamy. Obiecali, że nam to dadzą tu. Ale tak się nie stało, nie dali nic. Jechaliśmy 3 tygodnie. Na miejscu spotkała nas bieda, nie było jedzenia ani niczego. Nikt nie myślał, że my tu pozostaniemy na zawsze, tylko że za 2, 3 miesiące wrócimy z powrotem. Niestety po roku czasu zaczęliśmy rozpakowywać swoje skrzynie. Początkowo żyło się tak, aby przeżyć. Tu były piachy, na nich nic nie rodziło. Ziemniaki jak się posadziło, to urosły takie jak groch. Nie tak, jak w naszych rodzinnych stronach. Nie wiedzieliśmy, jak tu trzeba gospodarzyć, bo tam było inaczej, ziemia urodzajna. Ciężko było, bardzo ciężko. Do obory krowy nie wpuściliśmy, trzymaliśmy ją w sieni, bo by nocą ukradli. Nasz budynek był w ruinie, nie było ani światła, ani pieca. Trzy lata naftą świeciliśmy. Wszystko budowaliśmy od podstaw, taka była ruina.
Grabowiec - Czesław Hoder:
Pochodzę ze wsi pomiędzy miastami Czechowice - Oświęcim - Bielsko-Biała. Pochodzę z rodziny górniczej. Kiedy przyszło wyzwolenie, poszedłem do szkoły podstawowej, potem przemysłowej - górniczej. Następnie skończyłem pedagogiczną i tak się potoczyło. Później dostałem nakaz pracy, trochę popracowałem w powiecie oświęcimskim. Postanowiłem przyjechać na Zachód, bo tu mieszkała w Nietkowicach rodzina żony.
Przyjechaliśmy tu w 1958 roku. Z mieszkaniami nie było łatwo, jak wiadomo po wojnie. Ludzie nie mieli koło domu płotów, nowych nie stawiali, bo czekali na wyjazd stąd. Długo nie byli pewni, czy będą tu mieszkać. Ci, którzy przyjechali tu zza Buga, myśleli, że powrócą do swoich majątków. Budynki tu były zaniedbane, nikt nie remontował. Dom, w którym obecnie mieszkam, to była szkoła poniemiecka, tzw. jednoklasówka: jedna klasa i jeden nauczyciel.
Koźla - Witold Olejarz:
Urodziłem się w Dźwinogrodzie na Podolu. Po przyjściu na ten teren wojsk sowieckich na mocy układu jałtańskiego musieliśmy wyjechać na tzw. ziemie odzyskane. Czekało się na pociąg, który był podstawiony bez podłóg. Na Zachód jechaliśmy ponad miesiąc w trudnych, zimowych warunkach. Przejeżdżaliśmy przez Lwów, Przemyśl, Oświęcim aż do Nowogrodu Bobrzańskiego. Można było wysiąść na dowolnej stacji, gdzie zatrzymywał się pociąg. Do Koźli przyjechałem wraz z rodzicami i dziadkiem 6.12.1945r., czyli na Mikołaja. Każdy przywiózł ze sobą zapasy żywności, na polu nie były jeszcze wykopane ziemniaki, w niektórych piwnicach były zbiory złożone przez Niemców. Trzeba było szukać mieszkania. Na początku nasze poszukiwania były niemrawe, bo myśleliśmy, że będziemy tu miesiąc, pół roku, a potem powrócimy do swoich stron. Polacy, którzy zajmowali wybrany przez siebie budynek, wywieszali przy kominie flagi biało-czerwone. Z rodzicami zamieszkaliśmy w posesji nr 97. Po jednej stronie budynku mieszkaliśmy my, a po drugiej - niemieccy właściciele: żona właściciela, jej matka i 2 córki. W związku z tym, że młodzi szybko uczą się języka, byliśmy tłumaczami między rodzicami. Nasze stosunki z Niemcami układały się poprawnie. Na wiosnę trzeba było przystąpić do uprawy ziemi. Nie było konia, to zaprzęgaliśmy krowy, które orały. Ojciec uważał, że skoro mieszkamy w jednej posesji, to razem musimy pracować, razem też jeść.
Gdy przyszedł rozkaz, Niemcy mieli tylko parę godzin na załadunek rzeczy do transportu i odjechali. Rozstaliśmy się w zgodzie, jeden drugiemu nie czynił krzywdy. Świadczy o tym fakt, że parę lat temu odwiedziła mnie jedna z córek niemieckiej gospodyni. Przyjęcie było serdeczne.
Letnica - Andrzej Janion:
Urodziłem się w Janowie Poleskim w 1938 roku, czyli rok przed wybuchem wojny. Cała rodzina była pochodzenia wojskowego. Kiedy skończyła się wojna, ojciec jako legionista dostał pięciohektarowy przydział ziemi na Polesiu. Przeżyłem tam 3 okupacje. Przyszli Rosjanie i zajęli nasze tereny. Potem przyszli Niemcy i poszli dalej aż pod Moskwę. Na koniec Niemców wypędzali Rosjanie. Musieliśmy stamtąd wyjechać. Podstawiono nam wagony, wszystko co zabieraliśmy, było dokładnie spisane. Można było ze sobą zabrać kozy, ale już świń nie. Również żadnych narzędzi rolniczych. Wyjechaliśmy 13 maja 1945r., do Zielonej Góry przyjechaliśmy w lipcu. Jechaliśmy strasznie długo. W Zielonej Górze transport kolejowy stanął zaraz za płotem na ul. Traugutta i zajęliśmy pierwszy dom z brzegu. Ze Wschodu nie zabraliśmy żadnego sprzętu, dlatego musieliśmy znaleźć poniemiecki. Komisja tzw. likwidacyjna przyszła do nas i dokładnie spisała wszystko, co zgromadziliśmy w domu, nawet taboret i krzesło. Trzeba za to wszystko było zapłacić solidne pieniądze. Na początku kupiliśmy świnki, nawet krowę. Z uwagi na to, że ojciec nie wykorzystał pięciohektarowego przydziału, otrzymaliśmy dom w Letnicy, musieliśmy za niego również zapłacić. Właściwie 3 razy spłacaliśmy to samo. W Letnicy było niesamowite obciążenie pracą. Jako dziecko musiałem rano nazbierać grzybów, potem szło się do szkoły, a po szkole plewiłem ogródki, pasąc w międzyczasie kozę. Gdy byłem w 5 klasie, brałem udział w żniwach, kosiłem łąki, zbierałem ziemniaki.
Obie okupacje były złe, jako dziecko bardzo je przeżyłem. W wyniku działań wojennych, jakie rozpoczęły hitlerowskie Niemcy, musieliśmy opuścić ziemie, na których żeśmy się urodzili. Jesteśmy w pewnym sensie sierotami.
Świdnica - Marianna Włodarczyk:
Urodziłam się 24.03.1931r. w Świdnicy i pozostałam tu do dnia dzisiejszego. Chodziłam tu do przedszkola i szkoły podstawowej razem z Niemcami. Dość dobrze wspominam czasy mojego dzieciństwa, nie odczuwałam różnicy między mną a mieszkającymi tu Niemcami. W wieku 6 lat, w 1937 roku we wrześniu, poszłam do szkoły katolickiej, a w czasie wojny przeszliśmy do nowej ewangelickiej. Zajęć było bardzo dużo, m.in. sportowe, prace ręczne. Latem chodziliśmy do majątków niemieckich i wykonywaliśmy prace społeczne: wycinaliśmy oset, zbieraliśmy kamienie. Uczyliśmy się wszystkiego.
W 1941r. Niemcy przymusowo wywozili Polaków z terenu Polski i musieli pracować tu w Świdnicy. Pracowali tu też dla nich Rosjanie. Według mojego rozeznania w czasie okupacji ludzie byli przez Niemców dobrze traktowani, tylko w jednym majątku Rosjanie głodowali i byli poniżani. Jeszcze w maju Niemcy obsiewali świdnickie pola.
Gdy weszły tu wojska radzieckie w styczniu 1945 r., właściwie nie odczuwało się wojny, bo nie było strzałów, wybuchów, nikt nie zginął. 15 lutego 1945r. o godz. 12.00 Niemcy powiesili flagę informującą o kapitulacji. W kwietniu zaczęli przyjeżdżać tu Polacy, osiedlali się, wybierali sobie domy. Pewnej nocy przyszedł rozkaz, że Niemcy muszą się ewakuować. Stawili się rano koło kościoła Św. Marcina i był wyjazd. Niemcy wiedzieli, że muszą opuścić te tereny. Jedni pieszo, drudzy na rowerach, jeszcze inni wozami. Niemcy udali się w stronę Piasków, przez Gubin i Nysę. Po ich wyjeździe nie chciałam chodzić do szkoły, nie znałam polskiej mowy, bo wychowałam się wśród Niemców. Właściwie sama nauczyłam się czytać i pisać.
Do dziś dnia mam serdeczny kontakt z Niemcami, którzy tu spędzili swoje dzieciństwo.
Wójt Gminy Świdnica - Adam Jaskulski:
Rozwój demokracji w Polsce rozpoczął się w 1990 roku, po pierwszych demokratycznych wyborach, również do samorządów.
Pierwsza kadencja, tzn. lata 1990 - 1994 były okresem praktycznej nauki demokracji i samorządności w naszej gminie. Zostałem wybrany na Wójta Gminy Świdnica w połowie 1994r. Od tego czasu nasza gmina zmieniła się bardzo, rozbudowała i wypiękniała, choć przed nami jeszcze wiele zadań do wykonania.
Priorytetem w czasie mojego wójtowania była i jest oświata i edukacja. Zracjonalizowaliśmy sieć szkół gminnych, równocześnie zwiększając ilość zajęć i programów nadobowiązkowych. Wyremontowaliśmy starą szkołę i dokończyliśmy budowę nowej szkoły w miejscowości Słone, jak również Szkołę Podstawową w Koźli, która kształci dzieci od przedszkola do klasy trzeciej. Wybudowaliśmy nowoczesne Gimnazjum w Świdnicy. Kuchnia i stołówka przy Zespole Szkół w Świdnicy po rozbudowie i modernizacji od września br. będzie w stanie przygotować posiłki dla dzieci z całej gminy. Wszyscy uczniowie mają swoje szafki w szkole. Młodzież korzysta z kilku pracowni komputerowych: 5 w szkołach i 2 w innych obiektach gminnych. Zamierzamy wkrótce przystąpić do budowy sali gimnastycznej w Słonem oraz hali sportowej w Świdnicy.
Miejscowość Świdnica, jako jedna z pierwszych w Polsce, objęta jest bezpłatnym dostępem do Internetu bezprzewodowego.
Nasza młodzież jest bardzo dobrze przygotowana do nauki w szkołach ponadgimnazjalnych: dostaje się do najlepszych szkół średnich, a następnie do najlepszych uczelni w Polsce - w Krakowie, Poznaniu czy Wrocławiu. Gminni młodzi sportowcy sięgają po najwyższe laury w akrobatyce, kolarstwie, szermierce oraz w kilku innych dyscyplinach sportu. To wszystko nie jest dziełem przypadku, lecz owocem wieloletniej, konsekwentnej polityki samorządu oraz wielkiego zaangażowania pedagogów.
Okres 1990 - 1994 i od 1994 roku to również czas rozbudowy infrastruktury technicznej. Dziś już każdy dom ma telefon (chyba, że właściciel nie chce). Z gazu ziemnego korzystać może 40% społeczeństwa gminy. Zostały wybudowane lub zmodernizowane sieci wodociągowe w Świdnicy, Letnicy, Lipnie, Grabowcu, Drzonowie, Radomii i Orzewie. Wybudowano 2 oczyszczalnie ścieków - w Drzonowie i Świdnicy. Sieci kanalizacyjne funkcjonują w Świdnicy, Wilkanowie, Drzonowie, Radomii i Orzewie. Rozpoczyna się jeszcze w tym roku budowa wodociągów i kanalizacji w Buchałowie i Słonem. Obecnie około 55%, a pod koniec 2008 roku prawie 70% posesji włączonych będzie do gminnych sieci kanalizacyjnych. W 2009 roku ostatnia posesja powinna zostać podłączona do wodociągu gminnego.
Wybudowaliśmy sporo nowych dróg, w tym również z dofinansowaniem unijnym. Powstało wiele nowych domów mieszkalnych, budowanych również w systemie pięknych osiedli. Wyremontowaliśmy i rozbudowaliśmy stare świetlice i sale wiejskie, wybudowaliśmy piękną, nowoczesną salę zebrań wiejskich w Radomii. Wszystkie miejscowości mają zorganizowany zbiorczy system wywozu odpadów komunalnych, a na terenie gminy nie ma już żadnego wysypiska śmieci.
Gmina Świdnica rozwija się bardzo dynamicznie we wszystkich płaszczyznach, również w sferze kontaktów sąsiedzkich z Niemcami. Współpraca ta trwa już kilka lat. Doskonale wpisują się w naszą sąsiedzką współpracę projekty, które realizuje nasza młodzież we współpracy z młodzieżą niemiecką. To bardzo cieszy, bardzo dobrze rokuje. Młodzieży naszej i niemieckiej można tej współpracy szczerze pogratulować.
Opiekunowie
Opiekunami grupy są Józefa Rebelska i Joanna Jamroziak.
Koordynator
Koordynatorem projektu jest Liliana Reimann.
Webmaster
Aktualizacja strony internetowej Marcin Strzelczyk.




